-->

cover

czwartek, 13 sierpnia 2015

Lista moich przyjemności. Figi. I miód.

Kocham sierpniowe niebo, które zawsze ma dla mnie jakieś niespodzianki... Ostatnia noc była naprawdę niezwykła! Wieczorny spektakl na niebie nie miał sobie równych :) Noc Perseid, tak nazwano owo niebieskie wydarzenie. Kocham podziwiać niebo, ale jak dotąd nie trafiło mi się wiele spadających gwiazd. Za to ostatniej nocy zostałam przez Matkę Naturę nagrodzona aż piętnastoma :) Co prawda nie były to tak dokładnie gwiazdy, tylko kawałki meteorytów, ale widok był niesamowity! I był to dla mnie moment ogromnej szczęśliwości, kiedy tak sobie leżałam na rozgrzanej ziemi, tarmosiłam za pluszowe uszy psa, który ułożył się obok i liczyłam małe spadające ogienki... Byłam bardzo, bardzo wdzięczna Stwórcy, że mogę takie cuda oglądać:) Poczułam się maleńka w odniesieniu do wszechświata, ale była w tym wszystkim ogromna harmonia i spokój. Jednym słowem, kolejna karteluszka do słoika szczęścia, moment wdzięczności i wielka przyjemność.
Wydaje mi się. że ludzie, którzy nie cieszą się takimi rzeczami, mnóstwo tracą. Wiadomo, nie ma się co spodziewać, że każdą noc uprzyjemni nam rój spadających gwiazd, ale w moim życiu malutkich przyjemności jest mnóstwo. Kiedy wychodzę rano w piżamie na balkon i uśmiecham się do nowego dnia, kiedy piję swoją kawę z mlekiem. Kiedy piekę coś, co innym smakuje. Kiedy rozmawiam z ludźmi, którzy są zainteresowani drugim człowiekiem i dają mu 100% siebie, a nie tylko gapią się w ekraniki telefonów. Kiedy czytam coś, co mnie zachwyca i zazdroszczę, że to nie ja napisałam. Kiedy z pochmurnego lotniska samolot wznosi się nad chmury i nagle jest jedynie światło i błękit. Kiedy pod wodą można oddychać i brakuje słów, żeby opisać piękno stworzenia. Kiedy moja siostra przyrządza tatara. Kiedy prowadzę samochód, słucham ulubionej muzyki i droga wydaje się nie mieć końca. Kiedy robię zdjęcia. Kiedy szukam świątecznych prezentów. Kiedy przymierzam masę ubrań i chcę kupić wszystkie. Kiedy gram w karty z moimi rodzicami. Kiedy mam śledzie musztardowe pod ręką. Kiedy rudy Mick i mistrz Leonard śpiewają w tle. Kiedy buszuję po angielskim targu staroci. Kiedy siedzę na pustynnej marokańskiej wydmie i słucham muzyki piasków. Kiedy kupuję książki i rezerwuję bilety lotnicze. Kiedy mój pociąg przyjeżdża na dworzec Bielsko-Biała Główna. Kiedy moi Dziadkowie opowiadają dawne historie. Kiedy oglądam świąteczne wystawy i kiedy pora piec ciasteczka. Kiedy jest sezon na tulipany. Kiedy próbuję maminych nalewek. Kiedy zimny nos i ciepły jęzorek są w pobliżu. Kiedy pora na grzane wino, a za oknem wirują płatki śniegu. Kiedy idę do kina. Kiedy stoję po szyję w wodzie w jeziorze tak czystym, że z rozbawieniem oglądam swoje stopy. Kiedy jest TA szarlotka. Kiedy pachnie las. Kiedy można kraść czereśnie. Kiedy... A Wy, jaką macie "listę ulubionych"...?




Wśród moich "ulubionych" jest mnóstwo słodkości. Dziś proponuję Wam deser w klimacie tysiąca i jednej nocy. Wspaniały. Aromatyczny. I zero piekarnika!


Figi z serem labnheh, miodem i pistacjami

500 g serka jogurtowego labnheh
10-12 świeżych fig, pokrojonych na ćwiartki
garść grubo pokrojonych niesolonych pistacji
1-2 łyżki wody różanej
płynny miód

Serek labnheh mieszamy z 3-4 łyżkami miodu (wedle uznania) i 1-2 łyżkami wody różanej (do smaku). Wodę różaną można kupić w sklepach z arabską żywnościa, ale jeśli Wam do nich nie po drodze, to można ją zastapić skórką otartą z wyszorowanej pomarańczy (plus ewentualnie odrobina świeżo wyciśniętego soku) albo kilkoma drobniutko posiekanymi listkami mięty. Serek wymieszany z miodem i wybranym dodatkiem odkładamy do lodówki na kilka godzin lub (najlepiej) na noc. Na drugi dzień rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni, wykładamy blachę papierem do pieczenia i układamy na niej figowe ćwiartki. Polewamy je łyżeczką miodu i pieczemy 5 minut, studzimy. Serek rozkładamy do miseczek (to przepis na cztery porcje), na nim układamy figi, posypujemy pistacjami i polewamy odrobiną miodu. Pyszności!!!





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz